Piasek pali gołe stopy. Dłonie trą naskórek suchy. Policzki – oba zwiędły jak róże, skóra nieśmiało uprasza się wody. Powiedzieli – Idź na drugą stronę pustyni, tam Cię Oaza czeka jak matka. Nic nie jest – wszystko się staje. Nakłada się obraz klatka po klatce, wszystko złuda. Umysł analityczny, umysł syntetyczny, umysł odporny. Trzeba to wszystko podzielić na cząstki i razem zebrać do kupy. Pustynia jest zbiorem małych ziarenek, a każde z nich jest duchem pustynią. Nie wszystko jednak da się pojąć. Nie każdy ptak doleci do gniazda. Jedne drapieżnik zuchwalszy dopadnie, inne ku słońcu za wysoko wzlecą a umysł pochowa ich na samym dnie – w podświadomości. Tutaj zaczyna się moja wędrówka idę po ziarnkach co tworzą mą mękę, idę i idę z własnego wyboru, gdzieś tam na końcu czeka odpowiedź.
Nieco przewrotny temat jest, rzecz jasna, równie prawdziwy co jego nieco bardziej pesymistyczna wersja. Co ciekawe ludzie rzadko tak właśnie postrzegają rzeczywistość. Zazwyczaj wspominają tylko te niektóre jej fragmenty, które przyniosły im odrobinę wzruszeń, uśmiechu, ciepła. A przecież prawdą jest, że przeciętny człowiek uśmiecha się nie rzadziej niż płacze. Radość nie jest jeńcem otoczonym przez pluton egzekucyjny smutku, a jak wszystko w naturze jego integralną częścią. Przecież nie będąc smutnymi nie moglibyśmy poczuć się naprawdę szczęśliwi, bo też skąd byśmy wiedzieli, że to właśnie jest to upragnione szczęście.
Nasuwa się oczywiste pytanie, że skoro tylko momentami jesteśmy niezadowoleni, czy momentami wszystko idzie po naszej myśli, a nawet powyżej naszych oczekiwań, to co właściwie czujemy przez większość czasu? Czy tylko nam się nudzi?
To by było dopiero smutne. Na szczęście nie jest tak źle. Gdybyśmy bowiem wycięli z życiorysu te najlepsze i najgorsze chwile. Od razu widać byłoby inne, wcześniej będące w cieniu tych najwyrazistszych i to one zajęły by ich miejsce. Powtarzając ten proces raz za razem, doszlibyśmy w końcu do pustego zbioru, czy jest on smutny, czy radosny?
Jak wszystko i to zależy od interpretacji. Ponieważ poza zbiorem znalazły by się dwa podzbiory – uczuć pozytywnych i negatywnych. Możemy śmiało założyć, że tych pierwszych nie jest mniej niż tych drugich. Na każdą sekundę złą przypadnie jedna dobra. Na każdy wdech przypadnie radość, a na wydech smutek. Czy z każdego jednego zaczerpnięcia powietrza starczy nam sił na to, by doczekać następnego haustu?
To właśnie zależy tylko od nas.
W Biblii Tysiąclecia, na jednej z pierwszych stron, można przeczytać dość osobliwy komentarz. Tyczy się on Boga, który po sześciu ciężkich dniach pracy zasiada nad Piszonem i… ustanawia dzień święty, bo – o czym mówi nam komentarz – Oczywiście, o „zmęczeniu się” mowy tu być nie może. Przed oczami od razu staje mocno siwy doktor teologii, który puszcza do czytelnika oko, że obaj niby dobrze wiedzą, że tak zacna i jako się rzekło wszechpotężna Persona nie może się zmęczyć jakimś tam tworzeniem świata. Człowiek XX wieku zabroniłby swemu Bogu odpocząć, mimo że w iście ekspresowym tempie to wszystko postawił, tylko dlatego, że jemu – Bogu po prostu nie wypada odpoczywać. Autor owej fantastycznej historii zdał się mieć dla swego Boga znacznie więcej wyrozumiałości.
Dużo większą wytrwałością natomiast wykazuje się Bóg ewolucjonistów, który nie tylko nie zaprzestał prac dnia siódmego, ale w gruncie rzeczy pracuje nieustannie po dzień dzisiejszy. Trzeba przyznać, że słabo mu to idzie, bo i myli się nad wyraz często i wiele ze swoich nieskończonych eksperymentów musi powtarzać.
Ciekawym byłoby wykreowanie rzeczywistości, w którym obie postacie spotykają się przy filiżance kakao i wymieniają doświadczeniami, czego konsekwencją byłoby – rzecz jasna – powstanie sekt, kościołów i zborów Najświętszego Spotkania, których członkowie sumiennie by się nawzajem wyrzynali w imię jednej, jedynej właściwej interpretacji listy poprawek – dokumentu powstałego na wypadek, gdyby komuś zachciałoby się stworzyć świat na nowo.
