„Hatnhaaaartahhh”

lipiec 20, 2008

Gdybyś była w ogrodzie
Pośród ptactwa i krzewów
Samotna i na głodzie
Ni szeptu nie słysząc ni śpiewu

Gdybyś między drzewa
Stawiała niespokojne kroki
Nie chcąc nikogo rozgniewać
Piła sadu soki

Gdybyś miała w oparciu jedynie głuchą ciszę
Płaczu ni śmiechu nikt by nie dostrzegał
I nikt by w tym raju nie dał się usłyszeć
A wszystkie emocje zebrane by były wokół drzewa

Gdybyś patrząc na soczyste jego owoce
Gdybyś patrząc w odbicie ich szklistej powłoki
Czy byś ten rajski dzień nie zmieniła na nie rajskie noce
Kiedy cień światła świecy zastępuje obłoki

Czyż nie warto się jednak raz sprzeniewierzyć
Miast egzystować wchłonąć tą moc
Raz poczuć, że się żyje a nie żyć
I zerwać z drzewa soczysty owoc

„Darak’ hhanta”

lipiec 20, 2008

A gdym wrócił do tej myśli banalnej
I wspomniał, że nie mam pieca
Podobnego do bramy tryumfalnej
Ani ognia, co by miał się w nim wzniecać
Zasiadłszy nad nienazwanym papierem
Ni w szarej, ni w jamie, ni nago
Spojrzałem pośród słowa szczere
Przytłoczony ich druzgoczącą wagą
Bo cóżeś rad był usłyszeć
Pośród rącząt splątanych upieścić
Strofy, co to ledwo zaczynają dyszeć?
Czy też fragment znajomej pieśni?

Bo gdybym wybrał się z pośród milionów
To i tak pewnie bym chybił
Sam stanął w pustym swym domu
Który i stoi i nie stoi na niby
Bo gdyby zabrakło mi nogi
I chodziłbym na wpół kaleki
To i tak pewnie przekraczając progi
Wstępowałbym wciąż do tej samej rzeki

A gdybym miał przynajmniej ten piec
To miałbym, o czym Ci rzec
A tak jestem niczym niemowa
Nie potrafię wydusić ni słowa

Bo cóż to by były za treści
Któż by mnie z grzechu oczyścił
Gdybym w nich to umieścił
Co w mojej duszy się ziści

Bo gdy pośród szarości, nagości w jamie
Dojrzysz kawałek cienia
Cokolwiek się ze mną stanie
Pozostaną najlepsze wspomnienia