
Mijają lata. Ludzie umierają. Ludzie się rodzą. Rzedną uśmiechy. Wysychają łzy. Padają bramki, klapsy filmowe, niepotrzebne słowa. Wszyscy się starzejemy. Czas nieubłaganie pędzi do przodu. A jednak ciągle jest… TERAZ.
Ty czytasz teraz te słowa, ja je teraz piszę. Układasz z nich obraz, który mi się jawi przed oczami – nie są takie same, ale trwają i trwać będą aż pomyślimy o czymś innym.
Właśnie minął pierwszy dzień drugiej dekady trzeciego tysiąclecia. Jest noc, a właściwie była, zaś na pewno będzie, bo przecież słońce skarłowacieje, albo zamieni się w supernową, podobnie inne gwiazdy i wszystko pogrąży się w mroku.
Choć umysł jest zmuszony do ciemności przywyknąć, dusza pragnie biec ku światłu, a te gra na lutni, uderza w bębenek, strojnymi farbami obleka płótno, rozśmiesza, wzrusza, unosi. Człowiek – zwierze co spaceruje z Bogiem, musi grzać się nieskończoną baśnią, bo sam przecież pojmuje tyle co mu zmysły na tacy podają, co skrupulatnie segreguje na dyskach twardych potężnego mózgu według jemu właściwego klucza. Baśń tę pragnę rozpocząć na nowo właśnie dziś, a właściwie to teraz.